CZŁOWIEK KOMPLETNY

Grzegorz "Ma-ken" Mikłusiak
Znajdź wewnętrzną równowagę i podnieś jakość swojego życia. 

Ma-Ken
phone   +48 500 464 525 Grzegorz

To miejsce zwane domem

rys. Weronika Mikłusiak
fot. rys. Weronika Mikłusiak

To miejsce zwane domem
Co by było gdybyśmy przyjęli, że nie ma szkodliwych substancji chemicznych w naszym życiu. Wszystko czym otaczamy się na co dzień tak naprawdę nie jest zupełnie oderwane od natury. To, co połączyliśmy w jakiekolwiek tworzywo, zachowuje skład, który i tak u źródła pochodzi z Ziemi. Nie tworzymy materii od podstaw. Raczej ją przetwarzamy, rozdzielamy i nadajemy jej nowe formy. Czy to będzie plastik, czy skały, czy ropa naftowa podgrzana i zamieniona na benzynę. Wszystko ma swój początek w naturze.
Współczesna chemia również zakłada, że właściwości substancji zależą nie tylko od tego, z jakich pierwiastków są zbudowane, ale także od ich struktury, proporcji i sposobu połączenia. Te same pierwiastki mogą tworzyć związki niegroźne, lecznicze albo silnie toksyczne.
W ten sposób wyposażamy pomieszczenia, w których żyjemy, schronienia i miejsca, do których wracamy po trudnym dniu. A nasze stopy niosą nas przez ten świat, bo wyznaczamy sobie kierunek, gdzie chcemy dotrzeć.
 
Za murem przekonań
Załóżmy, że tak właśnie jest i jestem tu i teraz czerpiąc z tego, co mnie otacza. Oczywiście ze świadomością, że biorę to, co mi służy. Oddzielam to, z czym mam do czynienia. Tworzę barierę, coś w rodzaju protekcji. To mogą być ubrania, zachowanie dystansu, czy choćby nie wąchanie danej rzeczy. Skupiam się tylko na tym, co dla mnie dobre i budujące. Także na tym, co pomaga mi pozbyć się tego, co we mnie zabija ten proces wzmacniania siebie. Warto taki stan docenić w sobie i uwzględnić. Wystarczy zwrócić uwagę, gdzie fizycznie jesteś. Wśród jakiej mentalności, w jakiej społeczności.
 
Czy będą to kraje europejskie, czy na przykład kraje, gdzie jest obecny hinduizm czy buddyzm, wszędzie możesz zaobserwować ślady ludzkich wierzeń, zachowań i przekonań. Widać je w architekturze, zwyczajach i rzeczach, jakie nas otaczają. 
 
Dla mnie ciekawostką jest to, że są kraje, na przykład muzułmańskie, w których kultura czy religia wpływają również na sprawność fizyczną i sposób funkcjonowania ludzi w codziennym życiu. Są miejsca, gdzie część osób ma problemy z koordynacją i wykonywaniem określonych struktur ruchowych. Co może wynikać z tego, że nie miały one z nimi kontaktu w dzieciństwie.
 
Z drugiej strony mamy kraje takie jak Maroko. Wystarczy pójść nad brzeg Oceanu Atlantyckiego i zobaczyć plaże pełne ludzi w aktywności i różnego rodzaju ćwiczeniach fizycznych. Jedni grają w piłkę, inni w siatkówkę, biegają, boksują czy ćwiczą na drążkach. Ruch dla nich jest czymś bardzo naturalnym. Widać to również w sylwetkach tych ludzi, które są pełne wigoru i energii. Cieszą się codziennym treningiem i myślę, że poziom endorfin po takim wysiłku sprawia, że po prostu lepiej się czują i lepiej funkcjonują.
 
Wracając jeszcze do schematów i tego, co charakterystyczne w różnych kulturach to bywa, że obok meczetu często znajduje się również hamam, czyli tradycyjna łaźnia. Tam odbywa się wieloetapowy rytuał oczyszczania i pielęgnacji ciała, łącznie z kąpielą parową, peelingiem, masażem oraz regeneracją i odpoczynkiem. Jest tam pomieszczenie, trochę przypominające saunę. Następnie ciało jest szczotkowane i oczyszczane, a w kolejnym kroku oliwkowane i masowane. Jest to przykład, jak w ramach danej kultury można stworzyć przestrzeń, która wspiera regenerację, komfort i dobre samopoczucie.
 
 
Bez dachu nad głową
Gdziekolwiek byłem podczas mojej służby w GROM-ie, zawsze starałem się nawet najmniejszy fragment swojego otoczenia zorganizować tak, żeby dawał mi jak największy komfort.
Gdy byłem na dalekiej północy i było bardzo zimno, to wykopanie jamy śnieżnej, ułożenie w odpowiedniej kolejności ekwipunku, a na końcu rozłożenie ciepłego śpiwora powodowało, że spałem naprawdę w komfortowych warunkach. Do tego odpowiednia wentylacja i nagle okazywało się, że miałem przyjemne schronienie, mimo że na zewnątrz szalała zawierucha i zamieć śnieżna. Taka jama śnieżna dawała po prostu ukojenie i poczucie bezpieczeństwa.


Będąc w Afganistanie czy Iraku, podczas burz piaskowych budowaliśmy określone osłony i uszczelnialiśmy pomieszczenia, często zrobione ze sklejki. To powodowało, że można było przetrwać taką zadymkę w dużo większym komforcie niż na zewnątrz. Mimo że pył dostawał się wszędzie i przypominał trochę cukier puder, to jednak odpowiednie zabezpieczenia robiły ogromną różnicę.
Podobnie bywało podczas ulewy. Zbudowanie prostego zadaszenia i przygotowanie go w taki sposób, żeby przetrwać najgorszy deszcz, tworzyło pewną otoczkę, która dawała osłonę przed tą lejącą się z nieba wodą.
Oczywiście nie zawsze była taka możliwość. Wtedy kolejną warstwą ochrony stawały się odpowiednie ubranie, pałatki, peleryny czy dobrze dobrane kurtki. To również sprawiało, że funkcjonowało mi się znacznie lepiej w trudnych warunkach.


A gdy podążymy dosłownie jeszcze głębiej i wejdziemy pod wodę, to tam mieliśmy do dyspozycji wszelkiego rodzaju pianki i suchary, czyli specjalne kombinezony do nurkowania. One dawały komfort termiczny nawet przy bardzo zimnej wodzie. Dzięki nim mogliśmy lepiej pracować i wykonywać określone zdania nurkowe.
 
Pod wewnętrznym adresem
Te sytuacje są dla mnie swego rodzaju symbolem. Skoro stopy stoją w danym miejscu na naszym globie, a ciało jest świątynią ducha, to dobrze, gdy ta świątynia jest zadbana i stabilnie osadzona na tych stopach.
Zajrzyjmy więc do wnętrza naszej świątyni. To wnętrze nieustannie podąża w jakimś kierunku. Czasem dobrze wiemy, dokąd, a czasem dopiero odkrywamy drogę, którą chcemy iść. Czy mamy więc określone swoje kierunki? Czy mamy nasz „ołtarz”, czyli cel, coś, do czego dążymy? Czy on jest wystarczająco ważny i istotny? Kiedy robimy pewne rzeczy dla czegoś większego, co ma w tle wyższą intencję, nabieramy konsekwencji w działaniu odpowiedniego szacunku, co przekłada się na większą skuteczność.


Można więc to określić, że tam, gdzie są moje stopy, tam jest mój dom. Jeżeli mamy to wszystko w jakiś sposób poukładane, mamy swoje spojrzenie do wewnątrz i wiemy, dokąd zmierzamy, to zaczynamy również „wypromieniowywać” to na zewnątrz. Gdybyśmy się sobie przyjrzeli, to zobaczymy wtedy człowieka, który jest zadbany, a całe jego ciało rozprzestrzenia wokół poczucie harmonii i spokoju. Wtedy to, co dobre, przestaje mieścić się wyłącznie w środku i zaczyna przekładać się też na otoczenie.
Spotykamy czasem takich ludzi. Są zadbani nie tylko zewnętrznie, ale przede wszystkim wewnętrznie. Trudno nawet dokładnie nazwać, na czym polega ich wyjątkowość. Może jest to energia, może aura, a może po prostu spójność pomiędzy tym, co myślą, czują i robią. Są uśmiechnięci, obecni, pełni życzliwości. Dobrze czują się sami ze sobą, dlatego ich obecność staje się komfortowa również dla innych.
I właśnie wtedy dzieje się coś ciekawego. Taki człowiek nie musi nikogo przekonywać ani pouczać. Samą swoją obecnością przypomina, że można żyć trochę spokojniej, trochę pełniej. Jakby jego wewnętrzny porządek rozlewał się na otoczenie.


Być może właśnie od tego zaczyna się budowanie własnego świata. Od zadbania o dom, który „nosimy” w sobie. Potem o przestrzeń wokół nas. O miejsce, w którym siedzimy, pracujemy, odpoczywamy i spotykamy innych.
Nie masz wpływu na wszystko, lecz masz sprawczość w tworzeniu najbliższego otoczenia. Możesz je kształtować tak, aby wspierało twoje ciało, uspokajało umysł i przypominało o tym, co najważniejsze, o byciu tutaj, dokładnie w tym miejscu i w tej chwili.